I chcę... i boję się...

To powinno być moim mottem życiowym. Zastanawiałam się czy jest to wynikiem tego, że nie jestem zwolenniczką systemu zero - jedynkowego lub teorii, że coś jest albo czarne albo białe. Dla mnie pomiędzy zerem a jedynką jest nieskończenie wiele liczb, tak jak i pomiędzy bielą a czernią jest pełen wachlarz szarości. O ile liczb ułamkowych nie lubię, tak jestem zakochana w szarościach. Może stąd mój brak konsekwencji w różnych sytuacjach? A może to efekt wiary w to, że człowiek może się zmienić - jeśli tego chce... gdy jemu zależy...? Stąd gdy inni nie wierzą w sens powrotów i w niektórych przypadkach nawet by się nie obejrzeli, ja przystanę z pytaniem "A może jednak?". Statystycznie, z mojego doświadczenia wynika, że efekt pozytywny takiego zastanowienia jest 40 do 60. Ani dużo, ani mało... Stąd to nie jest tak, że druga szansa jest na takich samych warunkach jak ta pierwsza. Bo oprócz chęci, pojawia się strach i niepewność. W połączeniu z tym, że nie lubię zmian bywa to ogromnym utrudnieniem. Im więcej zmian, tym większa panika. W przypadku spraw zawodowych - może spowodować to utratę intratnej pracy; w przypadku związku stawia pytanie: czy bardziej boję się być z nim czy bez niego. Nie chodzi o jakiś patologiczny strach, lecz taki ogólny strach związany z koniecznością porzucenia wszystkiego co znam a co wydaje mi się bezpieczne, w imię "może tym razem będzie dobrze". Oczywiście pomimo iż jestem pełna romantycznych ideałów, nie jestem naiwna - wiem, że żaden związek nie daje nieograniczonej czasowo karty gwarancyjnej, że się uda, jednak niektóre sprawiają wrażenie bardziej stabilnych od innych od samego początku.
Coraz bardziej podziwiam styl amerykańskiego podróżowania za pracą, gdzie non stop ludzie się przeprowadzają, oddalają od rodziny, od przyjaciół, znanych miejsc i smaków itp. Ja od dziecka miałam przeważnie jednego dobrego przyjaciela lub bardzo dobrą koleżankę, którą nie chciałam się dzielić z nikim innym. Ciężko przychodziło mi bawienie się w grupie. Do tej pory ciężko przychodzi mi ufanie ludziom stąd nie jestem osobą, którą można polubić tak z marszu. Ale nie przeszkadzało mi to nadto, bo była przy mnie moja rodzina, która była i jest moim najlepszym przyjacielem, który nigdy - NIGDY - mnie nie zawiódł. To jest mój pewnik... moja kotwica. Ktoś nazwałby to nieodciętą pępowiną - i pewnie po części miałby rację. Zmiany są rozwojowe i wiem, że bardzo bym się rozwinęła rzucając się na tak głęboką wodę - wykonując skok wiary - ale obawiam się, że nie jestem aż tak silna, by to udźwignąć.
Z ilu rzeczy trzeba zrezygnować by uznać, że to za dużo? Ile rzeczy trzeba otrzymać by uznać, że było warto?


Komentarze