Czary mary - nie lubimy tego co kiedyś było urocze

Nie wiem czy to jest tylko moja obserwacja albo może tylko ja spotykam się z takim zjawiskiem przemiany o 180 stopni. Zaczyna się zwykle od zachwytu nad jakąś moją cechą lub umiejętnością. Potem jest etap przyglądania się temu, cieszenia się z dzielenia się efektem danej umiejętności bądź cechy - ba! nawet czasem i chwalenia się. Potem następuje jakby powolny przesyt i wyciszenie by finalnie stało się to argumentem na "anty" w sprzeczkach lub nawet elementem prześmiewczym... Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego zapominamy o tym co jeszcze nie tak dawno wprawiało nas w zachwyt, zadowolenie? Czy fakt że coś staje się powszednie i jest pod dostatkiem umniejsza tego wartość?
Nigdy tego nie rozumiałam - u mnie funkcjonowało (z pominięciem okresu dziecięcego) i funkcjonuje to trochę inaczej. Każdego dnia cieszyłam i cieszę się tym co dobrego mam w rodzinie, związku itp. na nowo, może nawet ciut bardziej niż dzień wcześniej. Gdy czasem się zapomnę na moment i potraktuję coś jak pewnik, standard to potem powracam do doceniania tego z wielką pokorą i świadomością że mogłam to stracić... Nie twierdzę że mój sposób jest idealny i najlepszy, ale wydaje mi się że zbyt często wiele związków cierpi na tym, że wkrada się rutyna, która jest niczym innym jak potraktowaniem danej osoby jako pewnik, któremu nie trzeba już poświęcać uwagi, o którego nie trzeba zabiegać, który zawsze poczeka. Zapominamy jak szczęśliwi byliśmy w tych pierwszych dniach kiedy myśleliśmy że niebo się przed nami otworzyło, dając nam to o czym marzyliśmy. Tymczasem związek to praca 24h siedem dni w tygodniu. O północy oddzielamy dzień kreską i zaczynamy staranie się od nowa - mniej, bardziej ale działamy: przytulamy, kochamy, głaszczemy, pytamy, słuchamy, uleczamy, pocieszamy, dopingujemy itp. Bardzo łatwo stać się niewidzialnym - nawet dla osób, które rzekomo nas bardzo kochają. A wówczas samotność w związku staje się bardziej dotkliwa niż taka faktyczna. We mnie taki stan staje się początkiem pewnego procesu, w którym powoli ułatwiam moje własne zniknięcie...wymazanie z kart historii... Dystansuję się, milknę, wystudzam swoje emocje (zewnętrznie), wycofuję się... przygotowuję tym samym samą siebie na to co ma nadejść - na ciszę. Gdy osiągnę pewien poziom wyciszenia - już nie walczę... odchodzę w momencie w którym i tak by nikt nie zauważył...


Komentarze